1.
Nie wiem nawet kiedy to się
stało. W jednej chwili było pełno ludzi, przyjaciół, dla których byłam gotowa
na wszystko, a chwilę później oni wszyscy zniknęli. Rozpłynęli się, jak mgła przed
południem. I zostaliśmy sami.
Ja i on. On i
ja.
Cholera wie,
co lepiej brzmi, a co bardziej pasuje do tej sytuacji.
Nie
widzieliśmy się ponad dwa tygodnie więc tematów do rozmowy było naprawdę sporo.
Czułam się jak dawniej. Jak niewinna Ellie, która mogła spędzać cały czas wśród
natury, gdzie każdy odcinek tej ziemi był tak samo wyjątkowy. Czułam się, jakby
te wszystkie okropne rzeczy nigdy się nie wydarzyły, żadnej wojny, śmierci
bliskich i przyjaciół. Jakby to wszystko było złą marą.
Szliśmy wokół
tej małej posesji najzwyczajniej na świecie, aż do pewnego momentu. Do chwili,
która zbyt wiele zmieniła. I dotąd nie jestem pewna, czy te zmiany koniecznie
musiały się wydarzyć.
Ledwo
potrafię o tym pisać. Mam wrażenie jakby mój długopis miał spłonąć ze wstydu,
bo o twarzy wspominać nie muszę. To zbyt oczywiste.
Każda ta
sekunda wbiła się w moją podświadomość, jakby została wypalona gorącym żelazem.
Każda scena dotąd krąży w moim umyśle, jak sceny w kalejdoskopie.
Ale nie ja
pierwsza zawiniłam. To On. On zdecydował, a ja nawet nie zdążyłam wkurzyć się o
to. Niestety w kolejnych sekundach nie zostałam bez winy.
Poczułam w
sobie moc. Wiem, brzmi to banalnie, jak z taniego romansidła albo pornola, ale
tak właśnie było. W jednej chwili zapomniałam o całym świecie, o przyjaciołach,
ich uczuciach, przyszłości, dosłownie o wszystkim.
Czysta grecka
amnezja.
Świat eksplodował,
a ja czułam się niezwyciężona. Jakby on był bogiem, a ja boginią. Jakbyśmy
stali się nieśmiertelni. Zatopieni w swojej niedorzeczności, w namiętności,
która nie znała zahamowań.
Ja i On. On i
ja.
Jednak oba
stwierdzenia były nie odpowiednie.
MY.
Tak. To mogło
być to.
Nasze ciała
tak blisko jak jeszcze nigdy, nasze usta złączone tak desperacko.
I wtedy bańka
niespodziewanie prysła.
A jej
koniczyny rozsypały się po całej Australii albo jeszcze dalej.
- Ellie…-
zawołała speszona Fi.- Wszyscy was widzą…
Wręcz
odrzuciło mnie od niego. Odepchnęłam się z całej siły i wylądowałam kawałek
dalej na trawie. Spojrzałam na nich nie przytomnym wzrokiem zupełnie ignorując
poobijane pośladki i łokcie.
Gavin wydawał
się zaskoczony, ale gdzieś głęboko w
jego oczach dostrzegłam, że bawiła go ta sytuacja. Czułam się jakby to on
pełnił rolę rodzica i robił to z nieskrywaną satysfakcją. Po jego prawej stała
Fi. Moja kochana Fi, którą bez jej zgody wciągnęłam w tą całą historię. Oboje
wciągnęliśmy. Nie mogłam odgadnąć czy
jest bardziej zaskoczona, speszona czy zła. Była z Homerem dawno temu, ale na
tyle poważnie, że mogła mieć do mnie pretensje. Dalej stali państwo Yannos i
mała Pang. Nie zdążyłam zinterpretować ich nastrojów bo właśnie w tej samej
chwili przypomniałam sobie o kimś bardzo ważnym. Nie mogłam uwierzyć, że o nim
zapomniałam.
Zdołałam dostrzec
jego oddalającą sylwetkę i poczułam, że moje życie znów miało się poważnie
skomplikować. To była kolejna wojna, w której miałam brać udział. Tym razem
byłam sama. Ja przeciwko tysiącom emocji.
Żałowałam
jedynie, że w tej historii nie istniało idealne zakończenie.
**
-Ok, nie
chcesz ze mną rozmawiać to nie. Nic na siłę. Daj nam chwilę i już nas nie ma.
Glos mi
drżał. Ostatnia rzeczą jakiej chciałam, była wyprowadzka z tego domu.
Wyprowadzka od Lee. Ale musiało do tego dojść. Wtedy, tego pamiętnego dnia, Lee
wrócił do domu w środku nocy. Wiem, bo nie spałam. Minęły dwa długie dni, a on nie
zamienił ze mną ani słowa. Wychodził od rana i wracał wieczorami. To była
jedyna możliwość, aby rozwiązać tą sytuację.
Odwróciłam
się i poszłam schodami na górę. Musiałam zignorować te wszystkie myśli, drżenie
rak czy przeklęty ból w klatce piersiowej. Po prostu musiałam odnaleźć Gavina.
A potem Gavin znów mnie zadziwił.
Ten dzieciak tak machinalnie działał. Gavin
właśnie był nie wyobrażalnie domyślny i nic nie mogło mu stanąć na drodze nawet
to, że nie słyszał.
Siedział na podłodze w swoim pokoju i pakował
się.
Sprostuje.
Kończył się pakować. Dwie duże torby były już zapięte, a trzecia za moment
miała skończyć tak samo.
Czułam, że
zawaliłam, że zrujnowałam mu dopiero odzyskany spokój. Znów postawiłam wszystko
na cienkim włosku. Skazałam się na kolejna walkę zamiast spokojnej odstresowującej
emerytury.
- Dzwoniłem do Homera- odezwał się.
- Co?!
Teraz już byłam pewna, że w tej dziwnej sytuacji
to Gavin próbował ogarnąć cala sytuacje za mnie, i za siebie. – Ellie, on nam
pomoże.
Miałam ochotę zacząć wrzeszczeć.
To ja miałam
odgrywać role jego rodzica, nie on! Nie
wątpię, że chciał dla mnie jak najlepiej, ale wszystko miało jakieś granice.
Nawet troska, a może szczególnie ona.
Wypuściłam powietrze i próbując zachować
spokój odparłam:
-Wyjdziemy stad zanim przyjedzie Homer.
Wyszłam z jego
pokoju nie słuchając jego protestów. Wiedziałam, że mamy mało czasu. Z Wirrawee
do Startton był kawałek drogi, ale Homer znał mnie zbyt dobrze. Wiedział, że
tak zareaguję. Musiał wiedzieć. Zapewne był już w pobliżu, a ja ostatniej rzeczy
jakiej potrzebowałam była kłótnia z Lee i Homerem jednocześnie.
Żaden grecki
książę z bajki nie był mi potrzebny.
Wrzuciłam do
torby parę najważniejszych rzeczy, dokumenty, broń, pieniądze, parę ciuchów i
pamiątki, które zdołałam zmieścić. Na więcej nie było czasu. Zabrałam z szafki
kluczyki od samochodu i wyszłam z pokoju. Bez słowa zabrałam dwie torby Gavina
i wskazałam mu głową żeby ruszył tyłek. Był niezadowolony, ale posłuchał.
Biegłam po schodach
jak najszybciej potrafiłam.
Zerknęłam
odruchowo w stronę salonu. Sylwetka odwróconego do mnie plecami Lee wyjaśniała
wszystko. To był koniec. Koniec końców. Na zawsze.
- Ellie, czemu sobie idziecie?- spytała Pang
pojawiając się niespodziewanie na korytarzu.
Poczułam jak pieką mnie oczy. Jej wielkie oczy
były zaszklone i smutne. I tak podobne do Jego oczów.
- Opiekuj się braćmi Pang...- powiedziałam
łamiącym się głosem i odwróciłam od niej wzrok.
Wybiegłam.
Opuściłam ten dom zupełnie nie gotowa na
zmiany, które miały mnie czekać.
Kiedy
odkluczyłam samochód i czekałam, aż Gavin wejdzie do środka zobaczyłam Jego
zmęczoną twarz w oknie. Wyjechałam z piskiem opon z podjazdu. Marzyłam aby znów
choć na krótki moment poczuć kontrole nad własnym życiem.
**
Ocknęłam się z moich rozmyślań
dopiero kiedy minęliśmy tabliczkę ‘Stratton’. Wiedziałam, że nie mam gdzie
uciekać, a w dodatku nie mogłam narażać Gavina na niebezpieczeństwo.
Zatrzymałam
odrobine zbyt gwałtownie samochód na poboczu i wyszłam z niego. Oparłam się o
maskę i zamknęłam oczy wdychając czyste powietrze, które miało pomóc mi znaleźć
grunt pod nogami.
- Wszytko
ok?- spytał Gavin podchodząc do mnie.
Spojrzałam na
niego i kiwnęłam lekko głową.
Nic nie było
w porządku, ale przecież nie musiałam mu o tym mówić. Był dzieckiem. Nie
całe 6 lat młodszym ode mnie, ale nadal
dzieckiem.
- Gdzie
chcesz jechać?- brnął dalej.
- Nie mam
pojęcia- wyszeptałam.
Tak, to był
powód do wstydu. Ja zawsze wiedziałam, co powinnam zrobić, miałam choć cień
poszlaki, a teraz zupełnie nic.
- Mam ochotę wyjechać- powiedziałam zanim
pomyślałam.
Spojrzał na
mnie ostro i odparł:
- To jedź.
Skoro zamieniłaś się w tchórza, to uciekaj. Nie przejmuj się mną.
Ruszył przed
siebie nie oglądając się na mnie.
Wiedziałam,
że powiedziałam o parę słów za dużo, ale naprawdę to było coś, na co miałam
największą ochotę w tamtej chwili.
Podbiegłam do
niego, ale nie zmusiłam go do powrotu. Szłam za nim jak jego cień. Aż samochód
z oddali zrobił się zdecydowanie zbyt mały, a my tak beznadziejnie bezbronni.
Wtedy się
odwrócił.
-Nie łaź za
mną.
- Nigdzie nie
pojadę bez Ciebie, uparciuchu.
- Masz już
plan?
Przyjrzałam
się jego twarzy.
- Chyba tak.
Uśmiechnął
się cwanie i zanim pobiegł w stronę samochodu krzyknął : „Ostatni to baba!”
Zaśmiałam się i skupiłam całą siłę na wygranej.
Dopiero w
samochodzie zdałam sobie sprawę jaki z niego mały manipulator.
**
Dom Bronte wydawał się ostatnia
deską ratunku. Nie mogłam doczekać się, aż spokojnym głosem powie mi, że
wszystko się ułoży, nawet jeśli miałoby to być największe łgarstwo na świecie.
Chyba właśnie
tego potrzebowałam w tej chwili.
Wjechałam na
podjazd jej domu. Było grubo po południu, ale Wirrawee było wyjątkowo ciche.
Dawniej wydawało się to być nie do pomyślenia.
Wyszliśmy z
samochodu, trzaskając drzwiami.
Zadzwoniłam
do drzwi i czekałam. Echo dzwonka odbijało się w moich uszach w przeciwieństwie
do kroków, których nadal nie dało się słyszeć. Zadzwoniłam jeszcze raz i
jeszcze, potem kolejny raz i następny. Wreszcie uderzyłam pięścią w dzwonek sprawiając,
że wydał z siebie długi odgłos, idealnie pasujący do mojej desperacji.
- Idź z
tamtej strony, ja pójdę z tej. Sprawdź, czy są w środku.
Właśnie
miałam odwrócić się, kiedy poczułam na swoim ramieniu czyjąś dłoń.
Podskoczyłam
jak oparzona i spojrzałam na ostatnią kobietę, którą spodziewałam się tu
zobaczyć.
- Nie ma ich.
Wyjechali wczoraj w nocy i nie wrócili jeszcze-
odparła cichym i wypranym z emocji głosem.
Byłam w zbyt
dużym szoku, żeby jej odpowiedzieć. Wpatrywałam się w nią jakby była zjawą z
niebios. Jej posiwiałe już włosy upięte w niedbały kok i smutna, poszarzała
twarz była tak odległa od silnej i twardo stąpającej po ziemi osoby, którą
poznałam parę miesięcy temu.
- Ellie, co
wy tu robicie?- spytała.
Nie
wiedziałam, co jej powiedzieć.
- Mamy małe
problemy z zamieszkaniem, myślałam, że Bronte…- nie dokończyłam, ona
zareagowała tak szybko, że nie byłam w stanie nawet zaprotestować lub wymyślić
jakąś wymówkę. Najwidoczniej zbyt długo żyła w tym środowisku i zdążyła
wchłonąć tą umiejętność do perfekcji.
- Zatrzymacie
się u mnie.
Ruszyła w
stronę swojego domu.
Wymieniłam
porozumiewawcze spojrzenia z Gavinem. Jego twarz wyrażała tysiące pytań,
najwidoczniej nie przypominał sobie twarzy naszej wybawicielki.
Kiwnęłam
wreszcie głową i szybkim krokiem wyciągnęłam z samochodu torby.
Kiedy tylko
przekroczyłam próg jej domu poczułam, że policzki błyskawicznie zaczynają mi
płonąć. Zapomniałam o pewnym szczególe. Tak oczywistym i niebezpiecznym, że sama
nie mogłam nadziwić się własnej głupoty. Zapomniałam o osobie, która być może
siedziała spokojnie w jednym z pokojów i ostatnią rzeczą jaką chciała spotkać,
byłam ja.
Gdyby nie to,
że zakluczyła za nami drzwi, uciekłabym najszybciej jakby się dało.
Ale teraz
było już za późno. Musiałam zmierzyć się z tą sytuacją, z każdą niespodzianką,
która mogła czekać na mnie w tym domu. W domu mojego byłego chłopaka, Jeremiego
Finleya.
**
Przyjmuję zasadę, czytasz-komentujesz. Jedno słowo, zdanie to niebyt wiele,a dla mnie wiele znaczy.
Pozdrawiam;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz