piątek, 25 października 2013

1.Grecki mistrz choasu.



 1.

 Nie wiem nawet kiedy to się stało. W jednej chwili było pełno ludzi, przyjaciół, dla których byłam gotowa na wszystko, a chwilę później oni wszyscy zniknęli. Rozpłynęli się, jak mgła przed południem. I zostaliśmy sami.
Ja i on. On i ja.
Cholera wie, co lepiej brzmi, a co bardziej pasuje do tej sytuacji.
Nie widzieliśmy się ponad dwa tygodnie więc tematów do rozmowy było naprawdę sporo. Czułam się jak dawniej. Jak niewinna Ellie, która mogła spędzać cały czas wśród natury, gdzie każdy odcinek tej ziemi był tak samo wyjątkowy. Czułam się, jakby te wszystkie okropne rzeczy nigdy się nie wydarzyły, żadnej wojny, śmierci bliskich i przyjaciół. Jakby to wszystko było złą marą.
Szliśmy wokół tej małej posesji najzwyczajniej na świecie, aż do pewnego momentu. Do chwili, która zbyt wiele zmieniła. I dotąd nie jestem pewna, czy te zmiany koniecznie musiały się wydarzyć.
Ledwo potrafię o tym pisać. Mam wrażenie jakby mój długopis miał spłonąć ze wstydu, bo o twarzy wspominać nie muszę. To zbyt oczywiste.
Każda ta sekunda wbiła się w moją podświadomość, jakby została wypalona gorącym żelazem. Każda scena dotąd krąży w moim umyśle, jak sceny w kalejdoskopie.
Ale nie ja pierwsza zawiniłam. To On. On zdecydował, a ja nawet nie zdążyłam wkurzyć się o to. Niestety w kolejnych sekundach nie zostałam bez winy.
Poczułam w sobie moc. Wiem, brzmi to banalnie, jak z taniego romansidła albo pornola, ale tak właśnie było. W jednej chwili zapomniałam o całym świecie, o przyjaciołach, ich uczuciach, przyszłości, dosłownie o wszystkim.
Czysta grecka amnezja.
Świat eksplodował, a ja czułam się niezwyciężona. Jakby on był bogiem, a ja boginią. Jakbyśmy stali się nieśmiertelni. Zatopieni w swojej niedorzeczności, w namiętności, która nie znała zahamowań.
Ja i On. On i ja.
Jednak oba stwierdzenia były nie odpowiednie.
MY.
Tak. To mogło być to.
Nasze ciała tak blisko jak jeszcze nigdy, nasze usta złączone tak desperacko.
I wtedy bańka niespodziewanie prysła.
A jej koniczyny rozsypały się po całej Australii albo jeszcze dalej.
- Ellie…- zawołała speszona Fi.- Wszyscy was widzą…
Wręcz odrzuciło mnie od niego. Odepchnęłam się z całej siły i wylądowałam kawałek dalej na trawie. Spojrzałam na nich nie przytomnym wzrokiem zupełnie ignorując poobijane pośladki i łokcie.
Gavin wydawał się zaskoczony, ale gdzieś  głęboko w jego oczach dostrzegłam, że bawiła go ta sytuacja. Czułam się jakby to on pełnił rolę rodzica i robił to z nieskrywaną satysfakcją. Po jego prawej stała Fi. Moja kochana Fi, którą bez jej zgody wciągnęłam w tą całą historię. Oboje wciągnęliśmy. Nie  mogłam odgadnąć czy jest bardziej zaskoczona, speszona czy zła. Była z Homerem dawno temu, ale na tyle poważnie, że mogła mieć do mnie pretensje. Dalej stali państwo Yannos i mała Pang. Nie zdążyłam zinterpretować ich nastrojów bo właśnie w tej samej chwili przypomniałam sobie o kimś bardzo ważnym. Nie mogłam uwierzyć, że o nim zapomniałam. 
Zdołałam dostrzec jego oddalającą sylwetkę i poczułam, że moje życie znów miało się poważnie skomplikować. To była kolejna wojna, w której miałam brać udział. Tym razem byłam sama. Ja przeciwko tysiącom emocji.
Żałowałam jedynie, że w tej historii nie istniało idealne zakończenie.
**
-Ok, nie chcesz ze mną rozmawiać to nie. Nic na siłę. Daj nam chwilę i już nas nie ma.
Glos mi drżał. Ostatnia rzeczą jakiej chciałam, była wyprowadzka z tego domu. Wyprowadzka od Lee. Ale musiało do tego dojść. Wtedy, tego pamiętnego dnia, Lee wrócił do domu w środku nocy. Wiem, bo nie spałam. Minęły dwa długie dni, a on nie zamienił ze mną ani słowa. Wychodził od rana i wracał wieczorami. To była jedyna możliwość, aby rozwiązać tą sytuację.
Odwróciłam się i poszłam schodami na górę. Musiałam zignorować te wszystkie myśli, drżenie rak czy przeklęty ból w klatce piersiowej. Po prostu musiałam odnaleźć Gavina.
 A potem Gavin znów mnie zadziwił.
 Ten dzieciak tak machinalnie działał. Gavin właśnie był nie wyobrażalnie domyślny i nic nie mogło mu stanąć na drodze nawet to, że nie słyszał.
 Siedział na podłodze w swoim pokoju i pakował się.
Sprostuje. Kończył się pakować. Dwie duże torby były już zapięte, a trzecia za moment miała skończyć tak samo.
Czułam, że zawaliłam, że zrujnowałam mu dopiero odzyskany spokój. Znów postawiłam wszystko na cienkim włosku. Skazałam się na kolejna walkę zamiast spokojnej odstresowującej emerytury.
 - Dzwoniłem do Homera- odezwał się.
 - Co?!
 Teraz już byłam pewna, że w tej dziwnej sytuacji to Gavin próbował ogarnąć cala sytuacje za mnie, i za siebie. – Ellie, on nam pomoże.
 Miałam ochotę zacząć wrzeszczeć.
To ja miałam odgrywać role jego rodzica, nie on!  Nie wątpię, że chciał dla mnie jak najlepiej, ale wszystko miało jakieś granice. Nawet troska, a może szczególnie ona.
 Wypuściłam powietrze i próbując zachować spokój odparłam:
 -Wyjdziemy stad zanim przyjedzie Homer.
Wyszłam z jego pokoju nie słuchając jego protestów. Wiedziałam, że mamy mało czasu. Z Wirrawee do Startton był kawałek drogi, ale Homer znał mnie zbyt dobrze. Wiedział, że tak zareaguję. Musiał wiedzieć. Zapewne był już w pobliżu, a ja ostatniej rzeczy jakiej potrzebowałam była kłótnia z Lee i Homerem jednocześnie.
Żaden grecki książę z bajki nie był mi potrzebny.
Wrzuciłam do torby parę najważniejszych rzeczy, dokumenty, broń, pieniądze, parę ciuchów i pamiątki, które zdołałam zmieścić. Na więcej nie było czasu. Zabrałam z szafki kluczyki od samochodu i wyszłam z pokoju. Bez słowa zabrałam dwie torby Gavina i wskazałam mu głową żeby ruszył tyłek. Był niezadowolony, ale posłuchał.
Biegłam po schodach jak najszybciej potrafiłam.
Zerknęłam odruchowo w stronę salonu. Sylwetka odwróconego do mnie plecami Lee wyjaśniała wszystko. To był koniec. Koniec końców. Na zawsze.
 - Ellie, czemu sobie idziecie?- spytała Pang pojawiając się niespodziewanie na korytarzu.
 Poczułam jak pieką mnie oczy. Jej wielkie oczy były zaszklone i smutne. I tak podobne do Jego oczów.
 - Opiekuj się braćmi Pang...- powiedziałam łamiącym się głosem i odwróciłam od niej wzrok.
Wybiegłam.
 Opuściłam ten dom zupełnie nie gotowa na zmiany, które miały mnie czekać.
Kiedy odkluczyłam samochód i czekałam, aż Gavin wejdzie do środka zobaczyłam Jego zmęczoną twarz w oknie. Wyjechałam z piskiem opon z podjazdu. Marzyłam aby znów choć na krótki moment poczuć kontrole nad własnym życiem.
**
                Ocknęłam się z moich rozmyślań dopiero kiedy minęliśmy tabliczkę ‘Stratton’. Wiedziałam, że nie mam gdzie uciekać, a w dodatku nie mogłam narażać Gavina na niebezpieczeństwo.
Zatrzymałam odrobine zbyt gwałtownie samochód na poboczu i wyszłam z niego. Oparłam się o maskę i zamknęłam oczy wdychając czyste powietrze, które miało pomóc mi znaleźć grunt pod nogami.
- Wszytko ok?- spytał Gavin podchodząc do mnie.
Spojrzałam na niego i kiwnęłam lekko głową.
Nic nie było w porządku, ale przecież nie musiałam mu o tym mówić. Był dzieckiem. Nie całe  6 lat młodszym ode mnie, ale nadal dzieckiem.
- Gdzie chcesz jechać?- brnął dalej.
- Nie mam pojęcia- wyszeptałam.
Tak, to był powód do wstydu. Ja zawsze wiedziałam, co powinnam zrobić, miałam choć cień poszlaki, a teraz zupełnie nic.
 - Mam ochotę wyjechać- powiedziałam zanim pomyślałam.
Spojrzał na mnie ostro i odparł:
- To jedź. Skoro zamieniłaś się w tchórza, to uciekaj. Nie przejmuj się mną.
Ruszył przed siebie nie oglądając się na mnie.
Wiedziałam, że powiedziałam o parę słów za dużo, ale naprawdę to było coś, na co miałam największą ochotę w tamtej chwili.
Podbiegłam do niego, ale nie zmusiłam go do powrotu. Szłam za nim jak jego cień. Aż samochód z oddali zrobił się zdecydowanie zbyt mały, a my tak beznadziejnie bezbronni. 
Wtedy się odwrócił.
-Nie łaź za mną.
- Nigdzie nie pojadę bez Ciebie, uparciuchu.
- Masz już plan?
Przyjrzałam się jego twarzy.
- Chyba tak.
Uśmiechnął się cwanie i zanim pobiegł w stronę samochodu krzyknął : „Ostatni to baba!” Zaśmiałam się i skupiłam całą siłę na wygranej.
Dopiero w samochodzie zdałam sobie sprawę jaki z niego mały manipulator.
**
                Dom Bronte wydawał się ostatnia deską ratunku. Nie mogłam doczekać się, aż spokojnym głosem powie mi, że wszystko się ułoży, nawet jeśli miałoby to być największe łgarstwo na świecie.
Chyba właśnie tego potrzebowałam w tej chwili.
Wjechałam na podjazd jej domu. Było grubo po południu, ale Wirrawee było wyjątkowo ciche. Dawniej wydawało się to być nie do pomyślenia.
Wyszliśmy z samochodu, trzaskając drzwiami.
Zadzwoniłam do drzwi i czekałam. Echo dzwonka odbijało się w moich uszach w przeciwieństwie do kroków, których nadal nie dało się słyszeć. Zadzwoniłam jeszcze raz i jeszcze, potem kolejny raz i następny. Wreszcie uderzyłam pięścią w dzwonek sprawiając, że wydał z siebie długi odgłos, idealnie pasujący do mojej desperacji.
- Idź z tamtej strony, ja pójdę z tej. Sprawdź, czy są w środku.
Właśnie miałam odwrócić się, kiedy poczułam na swoim ramieniu czyjąś dłoń.
Podskoczyłam jak oparzona i spojrzałam na ostatnią kobietę, którą spodziewałam się tu zobaczyć.
- Nie ma ich. Wyjechali wczoraj w nocy i nie wrócili jeszcze-  odparła cichym i wypranym z emocji głosem.
Byłam w zbyt dużym szoku, żeby jej odpowiedzieć. Wpatrywałam się w nią jakby była zjawą z niebios. Jej posiwiałe już włosy upięte w niedbały kok i smutna, poszarzała twarz była tak odległa od silnej i twardo stąpającej po ziemi osoby, którą poznałam parę miesięcy temu.
- Ellie, co wy tu robicie?- spytała.
Nie wiedziałam, co jej powiedzieć.
- Mamy małe problemy z zamieszkaniem, myślałam, że Bronte…- nie dokończyłam, ona zareagowała tak szybko, że nie byłam w stanie nawet zaprotestować lub wymyślić jakąś wymówkę. Najwidoczniej zbyt długo żyła w tym środowisku i zdążyła wchłonąć tą umiejętność do perfekcji.
- Zatrzymacie się u mnie.
Ruszyła w stronę swojego domu.
Wymieniłam porozumiewawcze spojrzenia z Gavinem. Jego twarz wyrażała tysiące pytań, najwidoczniej nie przypominał sobie twarzy naszej wybawicielki.
Kiwnęłam wreszcie głową i szybkim krokiem wyciągnęłam z samochodu torby.

Kiedy tylko przekroczyłam próg jej domu poczułam, że policzki błyskawicznie zaczynają mi płonąć. Zapomniałam o pewnym szczególe. Tak oczywistym i niebezpiecznym, że sama nie mogłam nadziwić się własnej głupoty. Zapomniałam o osobie, która być może siedziała spokojnie w jednym z pokojów i ostatnią rzeczą jaką chciała spotkać, byłam ja.
Gdyby nie to, że zakluczyła za nami drzwi, uciekłabym najszybciej jakby się dało.
Ale teraz było już za późno. Musiałam zmierzyć się z tą sytuacją, z każdą niespodzianką, która mogła czekać na mnie w tym domu. W domu mojego byłego chłopaka, Jeremiego Finleya.

**
Przyjmuję zasadę, czytasz-komentujesz. Jedno słowo, zdanie to niebyt wiele,a dla mnie wiele znaczy. 
Pozdrawiam;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz